Poniżej
przedstawiam kilka krótkich recenzji pochodzących
głównie z forum strony procesy.socjum.pl. Często są to tylko
notki, nie mające pretensji do głębszej analizy, często
również to działanie w afekcie - bywa różnie
– kiedy ocenia się kogoś z własnej profesji –
dlatego czytelników proszę o wyrozumiałość –
złośliwości są chwilowe, negatywne emocje efemeryczne, kiepskie
argumenty są do obalenia, kiepskie myśli do wymienienia:)
"Paul McCarthy & Benjamin
Weissman. Seanse Robótek ręcznych" – 7.02
– 25.03.09
Wspólne zasiadanie przy stole i
wieczorne rozmowy Paula McCarthyego i Benjamina Weissmana przynoszą
owoc w postaci rysunków wykonanych techniką mieszaną.
"dzięki improwizacji i repetycjom udało się sięgnąć do poziomu
podświadomości i wolnej ekspresji" - możemy przeczytać w opisie wystawy
Co do podświadomości to nie mam pewności (raczej obstawiałbym
przypadek) ale jeśli chodzi o swobodną, celowo prowokacyjną ekspresję
to na pewno się powiodło. Wystawa bardzo mi się podoba - rysunki są
konwencjonalnie awangardowe, prymitywne w sensie wykonania i treści.
Dymanie, ruchanie, pieprzenie, posuwanie, sranie, wszelkie wydalanie,
deformacje, wkładanie, rozdziawianie, chuje, pizdy, gówna i
na inne tym podobne smakowitości pseudo podświadomości można liczyć
oglądając tę wystawę. Wszystko narysowane swobodnie, jakby od
niechcenia. Wirtuozeria i manualna sprawność plastyków
przejawia się w pojedynczych wypieszczonych fragmentach,
prócz wymienionych wyżej obiektów pojawiają się
przypadkowe przedmioty, zdeformowani i okaleczeni ludzie, abstrakcyjne
motywy, wycinki ze świerszczyków. Całość groteskowa i
zabawna - rytm wyznaczają powtarzające się motywy. Trudno byłoby mi
odróżnić autora poszczególnych motywów
całość jest dość jednolita - choć gdyby bardziej uważnie się przyjżeć z
pewnością można powiedzieć "to powiedział Paul a to Benjamin"... Takich
seansów sam doświadczyłem z Chojeckim czy Łukasiewiczem
pewnie kilka. Obrus u mnie na strychu często znaczony był podobnymi
motywami, swobodnie improwizowane, konstruowane obiekty powstawały tam
wielokrotnie i jest z to z pewnością naturalna konsekwencją, ferment
kiedy przebywa ze sobą co najmniej dwóch
osobników, którzy mają jeden zasadniczy cel -
stworzyć coś. Dlatego tej wystawie nie przypisywał bym większego
znaczenia - ze względu na to, że tym podobne fermenty są naturalną
konsekwencją pewnych okoliczności - pracownia, plastycy, flaszka i
czas. Podobnie jak miło w takich seansach uczestniczyć - dobrze ogląda
się takie wystawy. W końcu produkcje z takich seansów giną
jako skutek uboczny i choć wszyscy doceniają bezpretensjonalność,
bezkompromisowość, bezmyślność, swobodny strumień świadomości to w
końcu zazwyczaj są one marginesem tej codziennej twórczości
i rzadko można oglądać je w muzeum. Choć to drobne przesunięcie uwagi
na marginesy jest godne uwagi to jednak jest to z pewnością tak samo
wyjątkowa twórczość jak wyjątkowy jest układ - pracowania,
plastycy, flaszka i czas (odjąć można flaszkę lub czas).
2009-02-13
"Pod ścianą / Up Against the Wall",
Zachęta, 7 grudnia 2008 – 25 stycznia 2009
Artyści biorący udział w wystawie:
Wojciech Bąkowski, Jan Christensen, Maurycy Gomulicki, Katarzyna
Kozyra, Josefine Lyche, The Midget Gallery, Mark Mulroney, Anna Myca,
Robin Rohde, Yngvild K. Rolland, Paul Zografakis.
Prace jak na taką przestrzeń, środki i możliwości... dość skromne- ale
zostawmy moją czarną żółć i czemu we mnie wzbiera (to mało
estetyczne opisy, które jako turpista muszę sobie dawkować -
bo nikt nie będzie tego czytał)...
Wszystko fajnie - idea white cube'a aranżowanego, przekształcanego
przez artystów jest w dechę - ale kiedy piszą o tej wystawie
podkreślają nietypowość prezentacji murali a nie obiektów.
Pisze się o tym, że tam nie ma sztuki-produktu - bo w końcu murale
znikną i nie pozostanie nic, co można by sprzedać...
Sam jestem za interpretacją zjawisk "sztuki" jako procesu myślowego,
który po prostu manifestuje się w działaniach, zestawieniach
obiektów, obrazach itd - ale kiedy ktoś pisze, że
tymczasowość
tych obiektów to wyrwanie tej "świętej" sztuki z
mechanizmów brudnego, a fe kapitalizmu - to wydaje mi się to
myśleniem złudnym.
Luksusowym towarem staje się artysta i jego głowa a jego nazwisko staje
się marką - kupuje się jego czas, jego pomysły, idee, działania.
Wszystko działa tak jak dawniej - tylko mamy usługę a nie produkt.
Jeśli ta wystawa w jakikolwiek sposób miałaby być wyrwaniem
tego wszystkiego z amalgamatu pojęć - produkt, popyt, podaż, sprzedaż -
artyści powinni zostać anonimowi - wtedy liczyłaby się czysta
informacja
a jakość prac oceniana byłaby nie poprzez pryzmat nazwiska,
które słyszy się w kręgach elit... Już nie mówiąc
o tym, że sami artyści powinni zadowolić się tylko faktem, że
ktokolwiek zobaczy wynik ich rozmyślań...
Do takiego absurdu nie namawiam (choć może jest to jakaś koncepcja).
Namawiam tylko do - nie tworzenia niepotrzebnych, sztucznych ideologii
przy okazji takich wystaw...
To jeszcze dwa słowa o pieniądzach w sztuce na koniec...
Każdy myśli - bo ma mózg a idea wyjątkowa ma swoją wartość -
ale to nie znaczy, że kiedy kupuję ideę uważam, że człowieka można
kupić lub, że ktoś się prostytuuje...
Większość z tych artystów z pewnością myśli - nie dla
pieniędzy. Ale, żadnemu z nich nie życzę żeby nie był opłacanym
artystą....
Sama wystawa - ogólnie dobra - w moim subiektywnym kajeciku
- ale kuratorski marketing uważam za kiepski...
2009-01-15
Wystawy Dyplomowe z Wydziału Malarstwa
2008 - Koneser
Złamię pewne tabu i wypowiem się na temat tych
prac... Czyli świadome "fo pa"! Zazwyczaj nikt nie mówi na
głos co myśli, żeby nie urazić twórcy, który
spędza długie godziny na skrupulatnym dokumentowaniu swoich wizji...
Ale to, że sobie coś pomyślę na temat tych prac nie powinno być czymś o
czym obawiam się mówić/pisać... Mało myślę więc nie dużo
słów opisu i wskażę tylko 3 osobniki gatunku ludzkiego,
które uwodzą mnie tym jak machają sfrędzlonymi patykami po
płótnach. Oceniam tylko na podstawie galerii internetowej!
Jerzy Goliszewski - niepokoi mnie kiedy ktoś maluje obrazy pod
którymi sam mógłbym się śmiało podpisać.... Mam
wtedy paranoiczne wrażenie, że popełniono plagiat a nie dokonano
niczego odkrywczego:) Fajne strukturki maluje - ale znów mam
wrażenie, że myszka mogłaby mu zastąpić pędzel - bo wyglądają prawie
jak wydruki te płótna i niekiedy przypominają efekt pracy
prostych programów graficznych... Niezwykłe, że w tłumie
preferującym figuratywne malarstwo zdarzyło się, że namalowano te
abstrakcje...
Róża Litwa - znam Różę z liceum (kiedy pierwszy
raz usłyszałem jej imię i nazwisko myślałem, że to żart) i tylko mogę
powiedzieć, że totalnie zmieniła front - mam wrażenie, że zaczęła
tworzyć kompletnie swobodnie bez ograniczania się poprawnością
wypowiedzi, gramatyką obrazu warsztatowo dopowiedzianego do ostatniej
plameczki. Co na świetne jej wyszło. Turpistycznie przekształca swoje
ludziki w dość dramatyczne znaki i jest to na maksa bezpośrednie
działanie. Pewnie w dużej mierze przez sentyment - mówię, że
bomba!:) Nie, nie przez sentyment i kolosalnie dobre pierwsze wrażenie
- to jest naprawdę ciekawe działanie.
Marta Zamarska - Tak jak stronie od figuracji , krówek w
polu, portretów mimicznych, łatwo wzruszających tak jej
pejzaże są tak namalowane, że piszę - bomba! Kolor i forma po prostu
szał - zazdroszczę takiej wrażliwości. Choć James McNeill Whistler i
absolwenci Najwyższej Akademii Najpiękniejszych Sztuk namalowali już w
historii tysiące takich obrazków - to za lekkość malowania w
niebanalnym kolorze i formie tematów, które mi
się już do urzygu przejadły - stawiam tej Pani 5 skoro już do
akademickiego klimatu zeszliśmy:)
...a poza tym od dłuższego już czasu cierpię na brak tolerancji na
cudze obrazy.
Nie wszystkich opiszę - bo tylko Tych chcę i kropka.
p.s.
Ale wie Pan Panie - ja się nie mądrze...
2008-09-23
CSW - Nie ma czegoś takiego jak
społeczeństwo (fotografia w Wielkiej Brytanii w latach 1967-1987)
Kilka niesamowitych zdjęć - ale o wartości czysto
dokumentalnej - jak dla mnie estetycznie więcej rewelacji doświadczam
oglądając twarze ludzi w metrze... Polecam wszystkim tym,
którzy mają ochotę przenieść się w przeszłość i mają
zacięcie do analizowania (jakiegoś historyczno - synchroniczo -
kontekstowego - bo tu trzeba mieć na względzie sytuacje
ówczesnej wielkiej brytanii)... Jakoś mnie to nie
wzruszyło... CSW powinno mieć ciekawsze wystawy... Kiedy wychodziłem z
CSW jakaś turystka zapytała mnie czy to muzeum sztuki nowoczesnej i
kiedy odpowiedziałem - "tak" - zrobiło mi się smutno, że jedyne, co
dziś w tym niesamowitym, polskim muzeum zobaczy to te zdjęcia średnio
wciągające (stała ekspozycja zamku była zamknięta)...
2008-12-04
Włodzimierz Pawlak - Zachęta
To ja o tym jak widzę GRUPPĘ.
Nie mówię nie, ale to GRUPPOWE umaczanie w polskości i
figuracji zawsze mnie męczyło. Rozumiem jakie to były czasy - jasne, że
może kwestią honoru było poruszenie pewnych tematów. Byli
jednak i tacy jak Zdzisław Beksiński, którzy potrafili
odciąć się od kontekstu w swoich pracach i to zawsze bardziej mi
imponowało - konstruowanie swojego świata niezależnie od
warunków zewnętrznych... Malarstwo GRUPPY kojarzy mi się z
malowaniem po wódce, rozmowach przy wódce o
Polsce, z Konwickim, Hłaską i z takim klimatem jaki przedstawiają
zdjęcia XVparówek - czyli z badziewiem polskim,
które powoli odchodzi w niepamięć. Z pewnością nie jestem w
tym osamotniony. Nie wiem jednak jak długo można w tym siedzieć - moim
zdaniem to upupiające dla wyobraźni malarza żeby te mordy polskie, te
butelki non stop malować. Niezależnie od tych prac, które z
kontekstem były związane - zawsze lubiłem bezpośredniość wysrywania z
siebie komunikatów i to GRUPPA pielęgnowała i dopieszczała.
Osobiście widzę w tym też pewne ograniczenie wynikające właśnie z tej
bezpośredniości a mianowicie wyrażenie ekspresji odbywa się zapewne
zawsze kosztem formalnej konstrukcji. Kiedy krzyczysz nie
mówisz pełnego zdania - i właśnie prace GRUPPY widzę jako
krzyk ale niekoniecznie coś co mnie formalnie oszałamia....
Oczywiście malarzami są genialnymi - każdy z nich robi to w końcu całe
życie?
A prac Pawlaka widziałem kilka - pójdę na wystawę to się
wypowiem obszerniej - może dostrzegę jakąś uniwersalność w tym i
oniemieję, bo nie zobaczę anegdoty i maniery, nauczę się doceniać
czysty kolor i sam gest - nad czym muszę jeszcze popracować...
2008-09-27
Pawlak Włodzimierz...
Byłem przedwczoraj na tej wielkiej retrospektywnej wystawie i
ostatecznie podobało mi się jedynie kilka obrazów tego Pana.
Z 1989 - "Proust" , z 1981 - bez tytułu - (8 małych, białych,
połączonych płócien powieszonych na ścianie), "Rekwiem" -
1998-99 (biały pasiasty relief) - wraz z wszelkimi" Dziennikami" -
obrazami gdzie Pawlak odlicza kolejne dni i tygodnie, co jest jedyną
treścią tych obrazów...
Obrazy białe wydają się być jakimś pozytywnym dopełnieniem, ważnym
konceptualnym akcentem w jego twórczości - to
nieprzedstawianie niczego, to liczenie dni, to dokumentowanie pustki -
były dla mnie jedynymi godnymi uwagi obrazami. Potrafię pochylić się
nad każdym rysunkiem i nad każdym z tych obrazów można by
debatować, co w nich fajnego lub badziewnego - ale przyjmując taktykę
nie rozdrabniania się - napiszę tylko, że wczesne prace Pawlaka w
ogóle do mnie nie trafiają jeśli chodzi o formę - wydają mi
się niedokończone, zostawione w połowie, "nie dorżnięte", nie -
ukształtowane do końca. Sam miałem do nich cały czas podejście takie,
że gdyby stały u mnie w pracowni - wiele bym jeszcze do nich domalował
- urozmaicił, wzbogacił je tak żebym mógł stać przed nimi o
kilka sekund dłużej.... Nie widzę w tym formalnym zaniedbaniu żadnej
łechcącej mnie wartości estetycznej - bo to redukowanie
elementów na obrazie do minimum, nie zrekompensowało mi
braku atrakcji ekspresyjnym fajerwerkiem, który byłby jakimś
dźwięcznym choćby krzykiem, a tylko pozostawiło niedosyt i
niezrozumienie...
Nie potrafię wzruszyć się fakturą i materią tych obrazów,
nie potrafię wzruszyć się również tym, co przedstwione na
tych obrazach, kompozycją, rysunkiem w nich zawartym - ale działa na
mnie (też niezbyt oryginalne - biorąc historią sztuki XXw w
ogóle) malowanie białych obrazów. Może przez
inklinacje do zen potencjalność takich pustych obrazów
wydaje mi się o wiele większa niż takich byle jakich i niedorżniętych -
staję przed białym obrazem i mam projekcję, co by na nim być mogło,
podziwiam urok jednolitości, milczenie jest złotem, tą mądrość i
dojrzałość, która zawsze wydaje się kryć za takim pustym
gestem - to jest taki efekt - wrażenie, że jak czegoś nie zrozumiałem
tzn,że jeszcze nie dojrzałem - więc zawieszka - wiszę pod sufitem i
wietrzę w tej pustej bieli sens... A potem "Dzienniki" liczenie -
świadomość tego czasu, wdech - wydech... To jest czyste przynajmniej -
a obrazy niedorżnięte są dla mnie po prostu niezrozumiałe - bez
wiszenia pod sufitem.
Tak więc pewnie do Pawlaka nie dojrzałem - może kiedyś go zrozumiem.
Ale w ogóle zdecydowanie więcej emocji przyniosła mi wystawa
"Rewolucje 1968" i bardzo, bardzo ciekawa wystawa Guya Bena-Nera
"Zgodnie z instrukcją" - i to już jest zupełnie inna historia...
2008-10-02
LUC TUYMANS "IDŹ I PATRZ", Zachęta, 31
maja - 17 sierpnia 2008
Poszedłem więc i zobaczyłem i rzeczywiście
ciekawie... Pustka jak się patrzy, obrazy jakby zaledwie muśnięte
pędzlem.
Oceniłbym je raczej od strony formalnej, bo ja nie jestem dobry w
zapadanie się w te wielości znaczeń, jakie te obrazy za sobą
pociągają... Mierzi mnie historia, martyrologia, o której
wszyscy powiedzieli już tak wiele - a tego u Tuymansa dużo...
Niedawno był Sasnal w Zachęcie i tak mi się Ci dwaj nałożyli - podobnie
jak 3/4 obecnego światka malarskiego inspirują się fotografią tworząc
syntetyczne, malarstwo fotorealistyczne, które swobodnie
mogło by ustąpić grafice komputerowej w moim przekonaniu...
Tuymans wypada w tym zestawieniu znacznie lepiej niż Sasnal -
przynajmniej jakoś jednoznacznie interpretuje obrazy, które
przetwarza i jego obrazy, w odróżnieniu od malarstwa
Sasnala, dużo łatwiej odróżnić od całej papki innych ,
współczesnych, syntetycznie realistycznych w formie
obrazów...
Niesamowite w tych obrazach jest to, że Tuymans używa zupełnie
minimalnej formy - kładzie farby dokładnie tyle ile trzeba żeby uczynić
rozpoznawalnym przedstawiany obiekt... Warsztatowa perfekcja... Pewnie
powstają powoli i mozolnie wszystko Luc pieści... Cały czas
zastanawiałem się czy używa rzutnika czy może rysuje patrząc na
fotki...
Jeśli chodzi o Luca Tuymansa jestem na tak - ale ustosunkowuję się do
niego z takim chłodem i dystansem z jakim on wszystko przedstawia...
2008-07-25
Establishment (jako źródło
cierpień). CSW Zamek Ujazdowski, 28 czerwca - 31 sierpnia 2008
Gorąco polecam tę wystawę.
Liczę na to, że ta wystawa to zapowiedź tego, że kuratorzy nabierają
pokory wobec młodych twórców - niebawem to oni
będą musieli zabiegać o naszą uwagę - kiedy namnoży się galerii i
instytucji związanych ze sztuką i to oni będą podlegać intensywnej
krytyce częściej niż sami plastycy.
Tytuł "Establishment (jako źródło cierpień)" ma sugerować,
że dokonuje się jakaś zmiana - że kuratorzy kontestują swoją pozycje.
Może rzeczywiście tak się dzieje - takie wystawy napawają optymizmem
nawet takich sceptyków jak ja - jednak sądzę, że jeszcze
długo czekać, żeby sięgali głębiej w swoich poszukiwaniach - bardzo
liczę na to, że nastąpi to możliwie szybko - mam w tym swój
interes:) Mam nadzieję, że jedynym i najważniejszym kryterium będzie
jakość proponowanych prac a nie ilość wystaw i zasług "politycznych" w
jakimś środowisku.
Grząski grunt - więc przedstawię tylko swoje typy:
Olaf Brzeski
Łukasz Banach - Norman Leto
Plastycy biorący udział w wystawie: Wojciech Bąkowski, Olaf Brzeski,
Dwaesha, Łukasz Jastrubczak, Szymon Kobylarz, Tomasz Kowalski, Norman
Leto, Tomasz Mróz, Radosław Szlaga, Iza Tarasewicz, Mariusz
Tarkawian, Truth, Anna i Adam Witkowscy, Zorka Wollny oraz Grzegorz
Drozd.
2008-08-02
Koncert Noisegarden RZEŹBICHA 2007:)
Zawsze mam dylemat na waszych koncertach -
które dźwięki
wydobyte są świadomie a które są wydobyte przypadkiem
(zakres
tego przypadku jest
ograniczony oczywiście - operujecie dźwiękami w jakimś tam zakresie,
określonymi instrumentami i efektami)...
To były trzy instrumenty, trzech ludzi z całą swoja instrumentalną,
"efektowną" obudowa i wasza świadomością dotyczącą tych
instrumentów
(całe wasze doświadczenie muzyczne)...
To był amalgamat będący efektem działania tych trzech
sposobów podejścia
do muzyki (sposób, metoda wykształca się zawsze, nawet w tym
waszym
poszukiwaniu, bezstylowości - bo każdy indywidualnie ma swój
sposób
przetwarza informacji, każdy ma wyuczone heurystyki) w jednym miejscu i
czasie... Improwizacja totalna...
Jak ocenić improwizacje kiedy akceptowany jest błąd, który
jest
nieodróżnialny od momentów, które są
czystym przypadkiem, szumem? Można
oceniać stosunek uporządkowanych elementów do
elementów
nieuporządkowanych - u was w moim przekonaniu z przewaga tych
drugich...
Ale w którym momencie powstaje jakakolwiek wypowiedź
muzyczna?
Rozumiem, ze zrywacie z gramatyka wypowiedzi muzycznej - groźba takiego
tworzenia na bieżąco gramatyki - jest brak wypowiedzi... Można
powiedzieć, ze
to eksperyment w toku... To muzyka, która niczego nie
deklaruje i nie wynosi
na piedestał żadnej nutki - to słuchacz komponuje z szumów i
dźwięków
planowanych swoją wypowiedź muzyczną... To on dokonuje
wyborów, które
nutki były dla niego istotne... Wiec to coś na kształt potencjalności
wcielonej...
Mamy warzywa i kilka rodzajów mięs - dziś jestem
improwizującym
kucharzem (używam tylko warzyw - to założenie wstępne) i zaczynam
wrzucać
na patelnie posiekane warzywka, według mojego widzimisie -już jakieś
doświadczenie w gotowaniu mam więc wiem jak mniej-więcej to może
smakować - ale jako, że jestem improwizującym kucharzem co i raz
dorzucam
cos czego skutków dla moich smakowych kubków nie
jestem w stanie
przewidzieć... Efektem tego jest potrawa, której smak jest
dla mnie
przewidywalny tylko w jakimś procencie i czego nie mogę nazwać potrawą
-
nawet jeśli smakuje to dla wszystkich przystępnie a może nawet
doskonale...
Bo nie jestem w stanie odtworzyć tego co skomponowałem -- nie byłem
świadomy własności zestawień wszystkich składników i ich
wyniku... moja
zasługa była zasługą eksperymentatora, który jest na tyle
odważny, żeby
zmiksować warzywka, których nigdy nie smakował w parze...
Czy tworzę
potrawy? Tworze smaki. Często nieznośne, mdlące, piekące, skrajne,
różne. Po
pewnym czasie ofkors - wiem coraz więcej... Jednak kucharz jest tym,
który
mówi- teraz będzie to i to i zrobię to tak i tak. Kucharz
podejmuje konkretne
decyzje i wie jaki przyniesie to efekt...
Czy potraficie jako muzycy odpowiedzieć na pytanie co jest waszą
decyzją a
co jest kwestia przypadku i szumu wynikającego z nałożenia się dźwięku
trzech
gitar? Co jest strukturalnym elementem wypowiedzi...? Albo inaczej co
jest
ważniejsze? Czy jest tylko bezforemność?
Wiem o co chodzi z tą płynnością - skoro myśli i rzeczywistość są
zmienne to
ich reprezentacja, aby być w miarę rzetelna, tez musi być procesem:)
Tylko, że
jeśli chodzi o np. myśli - to zmieniają się tylko relacje między
symbolami ale
same symbole są stabilne.
Cały problem i bolesność sytuacji dla was jest taki, że wam się w końcu
słownik muzyczny wytworzy, urodzi z tego szumu... wyjdą dźwięki
które będą
rozpoznawalne i pojawia się konwencjonalne między nimi relacje....
będzie
białe i czarne, smutne i wesołe itd...
Zajebiście podoba mi się potencjalność tej sytuacji - i tak jak w moim
wiecznie niedokończonym opowiadaniu "Skwiercząc do zewnętrza" bohater
chce tego żeby symbole zmieniały się na bieżąco i cały czas chce
budować coś
na nowo, wyczerpując możliwości materiałów, które
może przetwarzać - nie
powtarzajcie się bo to jedyne co może was do starej muzyki sprowadzić:)
Tylko
tak jak w przypadku Lewego zastanawiam się czy zmienność nie jest
strachem
przed decyzja... Trudno mówić o muzyce jak o informacji - bo
trudno
zweryfikować wartość zdań wypowiedzianych w języku muzyki. Ten
eksperyment ma tylko własności estetyczne... Bardzo ciekawe swoją
drogą...
Sztuki plastyczne zawsze porównywałem do matematyki - bo
obydwie są
abstrakcyjne i użyteczne mogą być przez przypadek... muzyka ofkors
też...
Ciekawa jest idea konstrukcji nie opartej na żadnej zasadzie... Ale jak
już tak
głęboko wchodzę w dwuznaczność pseudofilozoficznego, estetycznego
wywodu... to przypomnę jak, któryś z filozofów,
którego nazwiska nie pamiętam
mówił o modyfikowaniu języka - porównując go do
Lodzi... To szalenie trudne
zadanie zmienić konstrukcje łodzi, która się jednocześnie
płynie... Trudno
mówić - nieustannie zmieniając definicje słów,
których się używa... Ta wasza
muzyka to zajebista GRA, w której dużo zależy od waszej
determinacji...:) Mi się
podobało więc życze wytrwałości... Wybacz mi Michale mentorskie
zabarwienie
i napuszenie tej wypowiedzi ale wiesz przecie, ze jestem skromnym
facetem i
mam do tego wszystkiego odpowiedni dystans... O tym wszystkim za każdym
razem można mówić - "ależ to niezupełnie jest tak":)
Chciałeś znać moją opinię
więc pisze:)
P.S. Koncert był ok - choć jak dla mnie równowaga miedzy
porządkiem a
kontrolowanym przypadkiem była zachwiana... na niekorzyść porządku (
jasna
rzecz!) Dobra na razie to tyle - dziś wyjątkowo siedzę w pracy i nic
nie robię!
Pozdrowionka:) I jeszcze raz przepraszam za bełkotliwość tej wypowiedzi
ale w
tej chwili w tym czasie tylko na tyle mnie stać:)
2007-03-13
|