Poniżej przedstawiam kilka krótkich recenzji pochodzących głównie z forum strony procesy.socjum.pl. Często są to tylko notki, nie mające pretensji do głębszej analizy, często również to działanie w afekcie - bywa różnie – kiedy ocenia się kogoś z własnej profesji – dlatego czytelników proszę o wyrozumiałość – złośliwości są chwilowe, negatywne emocje efemeryczne, kiepskie argumenty są do obalenia, kiepskie myśli do wymienienia:)


"Paul McCarthy & Benjamin Weissman. Seanse Robótek ręcznych" – 7.02 – 25.03.09

Wspólne zasiadanie przy stole i wieczorne rozmowy Paula McCarthyego i Benjamina Weissmana przynoszą owoc w postaci rysunków wykonanych techniką mieszaną. "dzięki improwizacji i repetycjom udało się sięgnąć do poziomu podświadomości i wolnej ekspresji" - możemy przeczytać w opisie wystawy Co do podświadomości to nie mam pewności (raczej obstawiałbym przypadek) ale jeśli chodzi o swobodną, celowo prowokacyjną ekspresję to na pewno się powiodło. Wystawa bardzo mi się podoba - rysunki są konwencjonalnie awangardowe, prymitywne w sensie wykonania i treści. Dymanie, ruchanie, pieprzenie, posuwanie, sranie, wszelkie wydalanie, deformacje, wkładanie, rozdziawianie, chuje, pizdy, gówna i na inne tym podobne smakowitości pseudo podświadomości można liczyć oglądając tę wystawę. Wszystko narysowane swobodnie, jakby od niechcenia. Wirtuozeria i manualna sprawność plastyków przejawia się w pojedynczych wypieszczonych fragmentach, prócz wymienionych wyżej obiektów pojawiają się przypadkowe przedmioty, zdeformowani i okaleczeni ludzie, abstrakcyjne motywy, wycinki ze świerszczyków. Całość groteskowa i zabawna - rytm wyznaczają powtarzające się motywy. Trudno byłoby mi odróżnić autora poszczególnych motywów całość jest dość jednolita - choć gdyby bardziej uważnie się przyjżeć z pewnością można powiedzieć "to powiedział Paul a to Benjamin"... Takich seansów sam doświadczyłem z Chojeckim czy Łukasiewiczem pewnie kilka. Obrus u mnie na strychu często znaczony był podobnymi motywami, swobodnie improwizowane, konstruowane obiekty powstawały tam wielokrotnie i jest z to z pewnością naturalna konsekwencją, ferment kiedy przebywa ze sobą co najmniej dwóch osobników, którzy mają jeden zasadniczy cel - stworzyć coś. Dlatego tej wystawie nie przypisywał bym większego znaczenia - ze względu na to, że tym podobne fermenty są naturalną konsekwencją pewnych okoliczności - pracownia, plastycy, flaszka i czas. Podobnie jak miło w takich seansach uczestniczyć - dobrze ogląda się takie wystawy. W końcu produkcje z takich seansów giną jako skutek uboczny i choć wszyscy doceniają bezpretensjonalność, bezkompromisowość, bezmyślność, swobodny strumień świadomości to w końcu zazwyczaj są one marginesem tej codziennej twórczości i rzadko można oglądać je w muzeum. Choć to drobne przesunięcie uwagi na marginesy jest godne uwagi to jednak jest to z pewnością tak samo wyjątkowa twórczość jak wyjątkowy jest układ - pracowania, plastycy, flaszka i czas (odjąć można flaszkę lub czas).
2009-02-13


"Pod ścianą / Up Against the Wall", Zachęta, 7 grudnia 2008 – 25 stycznia 2009

Artyści biorący udział w wystawie: Wojciech Bąkowski, Jan Christensen, Maurycy Gomulicki, Katarzyna Kozyra, Josefine Lyche, The Midget Gallery, Mark Mulroney, Anna Myca, Robin Rohde, Yngvild K. Rolland, Paul Zografakis.
Prace jak na taką przestrzeń, środki i możliwości... dość skromne- ale zostawmy moją czarną żółć i czemu we mnie wzbiera (to mało estetyczne opisy, które jako turpista muszę sobie dawkować - bo nikt nie będzie tego czytał)...
Wszystko fajnie - idea white cube'a aranżowanego, przekształcanego przez artystów jest w dechę - ale kiedy piszą o tej wystawie podkreślają nietypowość prezentacji murali a nie obiektów. Pisze się o tym, że tam nie ma sztuki-produktu - bo w końcu murale znikną i nie pozostanie nic, co można by sprzedać... Sam jestem za interpretacją zjawisk "sztuki" jako procesu myślowego, który po prostu manifestuje się w działaniach, zestawieniach obiektów, obrazach itd - ale kiedy ktoś pisze, że tymczasowość tych obiektów to wyrwanie tej "świętej" sztuki z mechanizmów brudnego, a fe kapitalizmu - to wydaje mi się to myśleniem złudnym. Luksusowym towarem staje się artysta i jego głowa a jego nazwisko staje się marką - kupuje się jego czas, jego pomysły, idee, działania. Wszystko działa tak jak dawniej - tylko mamy usługę a nie produkt. Jeśli ta wystawa w jakikolwiek sposób miałaby być wyrwaniem tego wszystkiego z amalgamatu pojęć - produkt, popyt, podaż, sprzedaż - artyści powinni zostać anonimowi - wtedy liczyłaby się czysta informacja a jakość prac oceniana byłaby nie poprzez pryzmat nazwiska, które słyszy się w kręgach elit... Już nie mówiąc o tym, że sami artyści powinni zadowolić się tylko faktem, że ktokolwiek zobaczy wynik ich rozmyślań... Do takiego absurdu nie namawiam (choć może jest to jakaś koncepcja). Namawiam tylko do - nie tworzenia niepotrzebnych, sztucznych ideologii przy okazji takich wystaw...
To jeszcze dwa słowa o pieniądzach w sztuce na koniec... Każdy myśli - bo ma mózg a idea wyjątkowa ma swoją wartość - ale to nie znaczy, że kiedy kupuję ideę uważam, że człowieka można kupić lub, że ktoś się prostytuuje... Większość z tych artystów z pewnością myśli - nie dla pieniędzy. Ale, żadnemu z nich nie życzę żeby nie był opłacanym artystą....
Sama wystawa - ogólnie dobra - w moim subiektywnym kajeciku - ale kuratorski marketing uważam za kiepski...
2009-01-15


Wystawy Dyplomowe z Wydziału Malarstwa 2008 - Koneser

Złamię pewne tabu i wypowiem się na temat tych prac... Czyli świadome "fo pa"! Zazwyczaj nikt nie mówi na głos co myśli, żeby nie urazić twórcy, który spędza długie godziny na skrupulatnym dokumentowaniu swoich wizji... Ale to, że sobie coś pomyślę na temat tych prac nie powinno być czymś o czym obawiam się mówić/pisać... Mało myślę więc nie dużo słów opisu i wskażę tylko 3 osobniki gatunku ludzkiego, które uwodzą mnie tym jak machają sfrędzlonymi patykami po płótnach. Oceniam tylko na podstawie galerii internetowej!
Jerzy Goliszewski - niepokoi mnie kiedy ktoś maluje obrazy pod którymi sam mógłbym się śmiało podpisać.... Mam wtedy paranoiczne wrażenie, że popełniono plagiat a nie dokonano niczego odkrywczego:) Fajne strukturki maluje - ale znów mam wrażenie, że myszka mogłaby mu zastąpić pędzel - bo wyglądają prawie jak wydruki te płótna i niekiedy przypominają efekt pracy prostych programów graficznych... Niezwykłe, że w tłumie preferującym figuratywne malarstwo zdarzyło się, że namalowano te abstrakcje...
Róża Litwa - znam Różę z liceum (kiedy pierwszy raz usłyszałem jej imię i nazwisko myślałem, że to żart) i tylko mogę powiedzieć, że totalnie zmieniła front - mam wrażenie, że zaczęła tworzyć kompletnie swobodnie bez ograniczania się poprawnością wypowiedzi, gramatyką obrazu warsztatowo dopowiedzianego do ostatniej plameczki. Co na świetne jej wyszło. Turpistycznie przekształca swoje ludziki w dość dramatyczne znaki i jest to na maksa bezpośrednie działanie. Pewnie w dużej mierze przez sentyment - mówię, że bomba!:) Nie, nie przez sentyment i kolosalnie dobre pierwsze wrażenie - to jest naprawdę ciekawe działanie.
Marta Zamarska - Tak jak stronie od figuracji , krówek w polu, portretów mimicznych, łatwo wzruszających tak jej pejzaże są tak namalowane, że piszę - bomba! Kolor i forma po prostu szał - zazdroszczę takiej wrażliwości. Choć James McNeill Whistler i absolwenci Najwyższej Akademii Najpiękniejszych Sztuk namalowali już w historii tysiące takich obrazków - to za lekkość malowania w niebanalnym kolorze i formie tematów, które mi się już do urzygu przejadły - stawiam tej Pani 5 skoro już do akademickiego klimatu zeszliśmy:) ...a poza tym od dłuższego już czasu cierpię na brak tolerancji na cudze obrazy. Nie wszystkich opiszę - bo tylko Tych chcę i kropka.
p.s. Ale wie Pan Panie - ja się nie mądrze...
2008-09-23


CSW - Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo (fotografia w Wielkiej Brytanii w latach 1967-1987)

Kilka niesamowitych zdjęć - ale o wartości czysto dokumentalnej - jak dla mnie estetycznie więcej rewelacji doświadczam oglądając twarze ludzi w metrze... Polecam wszystkim tym, którzy mają ochotę przenieść się w przeszłość i mają zacięcie do analizowania (jakiegoś historyczno - synchroniczo - kontekstowego - bo tu trzeba mieć na względzie sytuacje ówczesnej wielkiej brytanii)... Jakoś mnie to nie wzruszyło... CSW powinno mieć ciekawsze wystawy... Kiedy wychodziłem z CSW jakaś turystka zapytała mnie czy to muzeum sztuki nowoczesnej i kiedy odpowiedziałem - "tak" - zrobiło mi się smutno, że jedyne, co dziś w tym niesamowitym, polskim muzeum zobaczy to te zdjęcia średnio wciągające (stała ekspozycja zamku była zamknięta)...
2008-12-04


Włodzimierz Pawlak - Zachęta

To ja o tym jak widzę GRUPPĘ. Nie mówię nie, ale to GRUPPOWE umaczanie w polskości i figuracji zawsze mnie męczyło. Rozumiem jakie to były czasy - jasne, że może kwestią honoru było poruszenie pewnych tematów. Byli jednak i tacy jak Zdzisław Beksiński, którzy potrafili odciąć się od kontekstu w swoich pracach i to zawsze bardziej mi imponowało - konstruowanie swojego świata niezależnie od warunków zewnętrznych... Malarstwo GRUPPY kojarzy mi się z malowaniem po wódce, rozmowach przy wódce o Polsce, z Konwickim, Hłaską i z takim klimatem jaki przedstawiają zdjęcia XVparówek - czyli z badziewiem polskim, które powoli odchodzi w niepamięć. Z pewnością nie jestem w tym osamotniony. Nie wiem jednak jak długo można w tym siedzieć - moim zdaniem to upupiające dla wyobraźni malarza żeby te mordy polskie, te butelki non stop malować. Niezależnie od tych prac, które z kontekstem były związane - zawsze lubiłem bezpośredniość wysrywania z siebie komunikatów i to GRUPPA pielęgnowała i dopieszczała. Osobiście widzę w tym też pewne ograniczenie wynikające właśnie z tej bezpośredniości a mianowicie wyrażenie ekspresji odbywa się zapewne zawsze kosztem formalnej konstrukcji. Kiedy krzyczysz nie mówisz pełnego zdania - i właśnie prace GRUPPY widzę jako krzyk ale niekoniecznie coś co mnie formalnie oszałamia....
Oczywiście malarzami są genialnymi - każdy z nich robi to w końcu całe życie? A prac Pawlaka widziałem kilka - pójdę na wystawę to się wypowiem obszerniej - może dostrzegę jakąś uniwersalność w tym i oniemieję, bo nie zobaczę anegdoty i maniery, nauczę się doceniać czysty kolor i sam gest - nad czym muszę jeszcze popracować...
2008-09-27

Pawlak Włodzimierz... Byłem przedwczoraj na tej wielkiej retrospektywnej wystawie i ostatecznie podobało mi się jedynie kilka obrazów tego Pana. Z 1989 - "Proust" , z 1981 - bez tytułu - (8 małych, białych, połączonych płócien powieszonych na ścianie), "Rekwiem" - 1998-99 (biały pasiasty relief) - wraz z wszelkimi" Dziennikami" - obrazami gdzie Pawlak odlicza kolejne dni i tygodnie, co jest jedyną treścią tych obrazów...
Obrazy białe wydają się być jakimś pozytywnym dopełnieniem, ważnym konceptualnym akcentem w jego twórczości - to nieprzedstawianie niczego, to liczenie dni, to dokumentowanie pustki - były dla mnie jedynymi godnymi uwagi obrazami. Potrafię pochylić się nad każdym rysunkiem i nad każdym z tych obrazów można by debatować, co w nich fajnego lub badziewnego - ale przyjmując taktykę nie rozdrabniania się - napiszę tylko, że wczesne prace Pawlaka w ogóle do mnie nie trafiają jeśli chodzi o formę - wydają mi się niedokończone, zostawione w połowie, "nie dorżnięte", nie - ukształtowane do końca. Sam miałem do nich cały czas podejście takie, że gdyby stały u mnie w pracowni - wiele bym jeszcze do nich domalował - urozmaicił, wzbogacił je tak żebym mógł stać przed nimi o kilka sekund dłużej.... Nie widzę w tym formalnym zaniedbaniu żadnej łechcącej mnie wartości estetycznej - bo to redukowanie elementów na obrazie do minimum, nie zrekompensowało mi braku atrakcji ekspresyjnym fajerwerkiem, który byłby jakimś dźwięcznym choćby krzykiem, a tylko pozostawiło niedosyt i niezrozumienie...
Nie potrafię wzruszyć się fakturą i materią tych obrazów, nie potrafię wzruszyć się również tym, co przedstwione na tych obrazach, kompozycją, rysunkiem w nich zawartym - ale działa na mnie (też niezbyt oryginalne - biorąc historią sztuki XXw w ogóle) malowanie białych obrazów. Może przez inklinacje do zen potencjalność takich pustych obrazów wydaje mi się o wiele większa niż takich byle jakich i niedorżniętych - staję przed białym obrazem i mam projekcję, co by na nim być mogło, podziwiam urok jednolitości, milczenie jest złotem, tą mądrość i dojrzałość, która zawsze wydaje się kryć za takim pustym gestem - to jest taki efekt - wrażenie, że jak czegoś nie zrozumiałem tzn,że jeszcze nie dojrzałem - więc zawieszka - wiszę pod sufitem i wietrzę w tej pustej bieli sens... A potem "Dzienniki" liczenie - świadomość tego czasu, wdech - wydech... To jest czyste przynajmniej - a obrazy niedorżnięte są dla mnie po prostu niezrozumiałe - bez wiszenia pod sufitem. Tak więc pewnie do Pawlaka nie dojrzałem - może kiedyś go zrozumiem.
Ale w ogóle zdecydowanie więcej emocji przyniosła mi wystawa "Rewolucje 1968" i bardzo, bardzo ciekawa wystawa Guya Bena-Nera "Zgodnie z instrukcją" - i to już jest zupełnie inna historia...
2008-10-02


LUC TUYMANS "IDŹ I PATRZ", Zachęta, 31 maja - 17 sierpnia 2008

Poszedłem więc i zobaczyłem i rzeczywiście ciekawie... Pustka jak się patrzy, obrazy jakby zaledwie muśnięte pędzlem. Oceniłbym je raczej od strony formalnej, bo ja nie jestem dobry w zapadanie się w te wielości znaczeń, jakie te obrazy za sobą pociągają... Mierzi mnie historia, martyrologia, o której wszyscy powiedzieli już tak wiele - a tego u Tuymansa dużo...
Niedawno był Sasnal w Zachęcie i tak mi się Ci dwaj nałożyli - podobnie jak 3/4 obecnego światka malarskiego inspirują się fotografią tworząc syntetyczne, malarstwo fotorealistyczne, które swobodnie mogło by ustąpić grafice komputerowej w moim przekonaniu...
Tuymans wypada w tym zestawieniu znacznie lepiej niż Sasnal - przynajmniej jakoś jednoznacznie interpretuje obrazy, które przetwarza i jego obrazy, w odróżnieniu od malarstwa Sasnala, dużo łatwiej odróżnić od całej papki innych , współczesnych, syntetycznie realistycznych w formie obrazów...
Niesamowite w tych obrazach jest to, że Tuymans używa zupełnie minimalnej formy - kładzie farby dokładnie tyle ile trzeba żeby uczynić rozpoznawalnym przedstawiany obiekt... Warsztatowa perfekcja... Pewnie powstają powoli i mozolnie wszystko Luc pieści... Cały czas zastanawiałem się czy używa rzutnika czy może rysuje patrząc na fotki...
Jeśli chodzi o Luca Tuymansa jestem na tak - ale ustosunkowuję się do niego z takim chłodem i dystansem z jakim on wszystko przedstawia...
2008-07-25


Establishment (jako źródło cierpień). CSW Zamek Ujazdowski, 28 czerwca - 31 sierpnia 2008

Gorąco polecam tę wystawę.
Liczę na to, że ta wystawa to zapowiedź tego, że kuratorzy nabierają pokory wobec młodych twórców - niebawem to oni będą musieli zabiegać o naszą uwagę - kiedy namnoży się galerii i instytucji związanych ze sztuką i to oni będą podlegać intensywnej krytyce częściej niż sami plastycy.
Tytuł "Establishment (jako źródło cierpień)" ma sugerować, że dokonuje się jakaś zmiana - że kuratorzy kontestują swoją pozycje. Może rzeczywiście tak się dzieje - takie wystawy napawają optymizmem nawet takich sceptyków jak ja - jednak sądzę, że jeszcze długo czekać, żeby sięgali głębiej w swoich poszukiwaniach - bardzo liczę na to, że nastąpi to możliwie szybko - mam w tym swój interes:) Mam nadzieję, że jedynym i najważniejszym kryterium będzie jakość proponowanych prac a nie ilość wystaw i zasług "politycznych" w jakimś środowisku.
Grząski grunt - więc przedstawię tylko swoje typy:

Olaf Brzeski
Łukasz Banach - Norman Leto

Plastycy biorący udział w wystawie: Wojciech Bąkowski, Olaf Brzeski, Dwaesha, Łukasz Jastrubczak, Szymon Kobylarz, Tomasz Kowalski, Norman Leto, Tomasz Mróz, Radosław Szlaga, Iza Tarasewicz, Mariusz Tarkawian, Truth, Anna i Adam Witkowscy, Zorka Wollny oraz Grzegorz Drozd.
2008-08-02


Koncert Noisegarden RZEŹBICHA 2007:)

Zawsze mam dylemat na waszych koncertach - które dźwięki wydobyte są świadomie a które są wydobyte przypadkiem (zakres tego przypadku jest ograniczony oczywiście - operujecie dźwiękami w jakimś tam zakresie, określonymi instrumentami i efektami)...
To były trzy instrumenty, trzech ludzi z całą swoja instrumentalną, "efektowną" obudowa i wasza świadomością dotyczącą tych instrumentów (całe wasze doświadczenie muzyczne)...
To był amalgamat będący efektem działania tych trzech sposobów podejścia do muzyki (sposób, metoda wykształca się zawsze, nawet w tym waszym poszukiwaniu, bezstylowości - bo każdy indywidualnie ma swój sposób przetwarza informacji, każdy ma wyuczone heurystyki) w jednym miejscu i czasie... Improwizacja totalna...
Jak ocenić improwizacje kiedy akceptowany jest błąd, który jest nieodróżnialny od momentów, które są czystym przypadkiem, szumem? Można oceniać stosunek uporządkowanych elementów do elementów nieuporządkowanych - u was w moim przekonaniu z przewaga tych drugich... Ale w którym momencie powstaje jakakolwiek wypowiedź muzyczna? Rozumiem, ze zrywacie z gramatyka wypowiedzi muzycznej - groźba takiego tworzenia na bieżąco gramatyki - jest brak wypowiedzi... Można powiedzieć, ze to eksperyment w toku... To muzyka, która niczego nie deklaruje i nie wynosi na piedestał żadnej nutki - to słuchacz komponuje z szumów i dźwięków planowanych swoją wypowiedź muzyczną... To on dokonuje wyborów, które nutki były dla niego istotne... Wiec to coś na kształt potencjalności wcielonej...

Mamy warzywa i kilka rodzajów mięs - dziś jestem improwizującym kucharzem (używam tylko warzyw - to założenie wstępne) i zaczynam wrzucać na patelnie posiekane warzywka, według mojego widzimisie -już jakieś doświadczenie w gotowaniu mam więc wiem jak mniej-więcej to może smakować - ale jako, że jestem improwizującym kucharzem co i raz dorzucam cos czego skutków dla moich smakowych kubków nie jestem w stanie przewidzieć... Efektem tego jest potrawa, której smak jest dla mnie przewidywalny tylko w jakimś procencie i czego nie mogę nazwać potrawą - nawet jeśli smakuje to dla wszystkich przystępnie a może nawet doskonale... Bo nie jestem w stanie odtworzyć tego co skomponowałem -- nie byłem świadomy własności zestawień wszystkich składników i ich wyniku... moja zasługa była zasługą eksperymentatora, który jest na tyle odważny, żeby zmiksować warzywka, których nigdy nie smakował w parze... Czy tworzę potrawy? Tworze smaki. Często nieznośne, mdlące, piekące, skrajne, różne. Po pewnym czasie ofkors - wiem coraz więcej... Jednak kucharz jest tym, który mówi- teraz będzie to i to i zrobię to tak i tak. Kucharz podejmuje konkretne decyzje i wie jaki przyniesie to efekt...
Czy potraficie jako muzycy odpowiedzieć na pytanie co jest waszą decyzją a co jest kwestia przypadku i szumu wynikającego z nałożenia się dźwięku trzech gitar? Co jest strukturalnym elementem wypowiedzi...? Albo inaczej co jest ważniejsze? Czy jest tylko bezforemność?
Wiem o co chodzi z tą płynnością - skoro myśli i rzeczywistość są zmienne to ich reprezentacja, aby być w miarę rzetelna, tez musi być procesem:) Tylko, że jeśli chodzi o np. myśli - to zmieniają się tylko relacje między symbolami ale same symbole są stabilne.
Cały problem i bolesność sytuacji dla was jest taki, że wam się w końcu słownik muzyczny wytworzy, urodzi z tego szumu... wyjdą dźwięki które będą rozpoznawalne i pojawia się konwencjonalne między nimi relacje.... będzie białe i czarne, smutne i wesołe itd...
Zajebiście podoba mi się potencjalność tej sytuacji - i tak jak w moim wiecznie niedokończonym opowiadaniu "Skwiercząc do zewnętrza" bohater chce tego żeby symbole zmieniały się na bieżąco i cały czas chce budować coś na nowo, wyczerpując możliwości materiałów, które może przetwarzać - nie powtarzajcie się bo to jedyne co może was do starej muzyki sprowadzić:) Tylko tak jak w przypadku Lewego zastanawiam się czy zmienność nie jest strachem przed decyzja... Trudno mówić o muzyce jak o informacji - bo trudno zweryfikować wartość zdań wypowiedzianych w języku muzyki. Ten eksperyment ma tylko własności estetyczne... Bardzo ciekawe swoją drogą... Sztuki plastyczne zawsze porównywałem do matematyki - bo obydwie są abstrakcyjne i użyteczne mogą być przez przypadek... muzyka ofkors też... Ciekawa jest idea konstrukcji nie opartej na żadnej zasadzie... Ale jak już tak głęboko wchodzę w dwuznaczność pseudofilozoficznego, estetycznego wywodu... to przypomnę jak, któryś z filozofów, którego nazwiska nie pamiętam mówił o modyfikowaniu języka - porównując go do Lodzi... To szalenie trudne zadanie zmienić konstrukcje łodzi, która się jednocześnie płynie... Trudno mówić - nieustannie zmieniając definicje słów, których się używa... Ta wasza muzyka to zajebista GRA, w której dużo zależy od waszej determinacji...:) Mi się podobało więc życze wytrwałości... Wybacz mi Michale mentorskie zabarwienie i napuszenie tej wypowiedzi ale wiesz przecie, ze jestem skromnym facetem i mam do tego wszystkiego odpowiedni dystans... O tym wszystkim za każdym razem można mówić - "ależ to niezupełnie jest tak":) Chciałeś znać moją opinię więc pisze:)
P.S. Koncert był ok - choć jak dla mnie równowaga miedzy porządkiem a kontrolowanym przypadkiem była zachwiana... na niekorzyść porządku ( jasna rzecz!) Dobra na razie to tyle - dziś wyjątkowo siedzę w pracy i nic nie robię! Pozdrowionka:) I jeszcze raz przepraszam za bełkotliwość tej wypowiedzi ale w tej chwili w tym czasie tylko na tyle mnie stać:)
2007-03-13


designed by Ratz